On pojawia się
znikąd. Sam, bez obciążeń. Po prostu staje przede mną i zakłada mi pierścionek
na palec. Ja myślę z ulgą, że wreszcie ten dzień nadszedł, on się
uśmiecha i prowadzi mnie do łóżka. Krótka myśl, zanim poczuję jego ciężar na
sobie, przebiega mi przez głowę – a co z jego żoną, jego dziećmi, nic o
nich nie mówi, a ja wiem przecież, że wciąż są. Ale to nie jest przecież teraz
ważne, skoro tutaj jest. Skupiam się nad tym, co jest najważniejsze, na tym, że
wszystko wróciło do normy i znów jesteśmy razem. Budzę się zanim osiągnę
orgazm, ale znów zamykam oczy i jeszcze jedna układanka wraca do dawnego
porządku. Mama zmartwychwstała i tata znów jest szczęśliwy, uśmiecha się, nawet
wtedy, gdy ona się na niego złości. Ludzie zatrzymują się zdumieni, tata nawet
niczego nie próbuje wytłumaczyć, a przecież on tak lubi wszystko tłumaczyć i opowiadać, ale teraz szczęście odebrało mu mowę i, zdaje się,
rozum. Mama też się uśmiecha.
Budzę się radosna, bo jestem jeszcze tam, ale wybiła 6.35 i
trzeba iść do pracy. Potem wrócić do domu, zjeść kolację albo nie, otworzyć
wino, wypić na lepszy sen, spojrzeć na zdjęcie mamy, na którym łagodnie się
uśmiecha i iść spać, licząc na to, że przeżyję w nocy lepsze chwile, niż przez
16 godzin całego dnia…
Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Moja jest od kilku miesięcy w stanie agonalnym. Zostało jej kilka miesięcy. Maksymalnie pół roku. A potem psst.... Nawet nie wyprawię jej pogrzebu, nie zasłużyła.
Zdarza się, że są
takie dni, takie rundy, że piłka idzie prosto na dołek i w ostatniej chwili
lekko skręca na bok, albo już jest w dołku i zbyt mocna siła powoduje, że
wyskakuje z dołka, w którym de facto przez ułamki sekund już była. Zadziwiające,
że takie przypadki zdarzają się jeden po drugim, w tej samej rundzie. Po
którymś z kolei takim uderzeniu, wyciągam piłkę z dołka, mamrocząc
pod nosem – „jak pech to pech“. A potem idę na kolejne tee, mając nadzieję, że
przerwę tę złą passę dobrym uderzeniem z tee, kolejnymi z fairway’a i
zakończę dołek dwoma przepisowymi puttami. Zwykle jednak pech prześladuje mnie
dalej, aż do końca rundy… Schodzącz pola, powtarzam, jak mantrę, że golf uczy pokory, jak mało który
sport. W sobotę wydaje ci się, że już wszystko wiesz, że wystarczy się ograć, a
w niedzielę masz wrażenie (i twoi współgracze), jakbyś trzymał kij po raz
pierwszy w życiu i zastanawiasz się, po co ci te nerwy, po co ci to wszystko,
przecież lepiej jeździć na rowerze i się nie przejmować.
Cóż… ale przecież
ktoś powiedział, że jeśli by to było łatwe, to nie my byśmy to robili.
Ale wracając do
pecha… Odebrałam dzisiaj telefon. Odpowiedź negatywna. Dlaczego, pytam,
chciałabym usłyszeć czemu się nie nadaję. HR-ówka plącze się w zeznaniach, mówi
coś o doświadczeniu, o dopasowaniu do firmy, wymaganiach, wreszcie również o
tych finansowych – nie chce mi się dyskutować, że w ciągu 3 rozmów nikt nie
próbował nawet negocjować ze mną podanej przeze mnie na początku stawki.
Odpuszczam. Dziękuję. Ona mówi, że zatrzyma moje cv, bo „nigdy nic nie
wiadomo“. A potem mówię o decyzji mojej bezpośredniej przełożonej, tak, tak.
Ona mnie pociesza i mówi, że dzisiaj rano myślała właśnie o tym, że jestem jak
szczęśliwy los na loterii i ona się cieszy, bo dzisiaj go wygrała, a tamci się
nie znają i nie wiedzą co tracą. Bittersweet feelings mnie ogarniają i myślę
sobię, że i ja mam szczęście mieć taką szefową. A tamci… faktycznie, pewnie na
mnie nie zasłużyli. Tak wolę i chcę myśleć, niż słyszeć pobrzękujący w głowie
głos HR-ówki „zdecydowaliśmy, że inna kandydatka lepiej pasuje do naszych
wymagań i naszej firmy“.
Wpisując kolejne
zadania do wykonania w następnym tygodniu myślę jednak sobie „jak pech to
pech“, zagłuszając go „widocznie tak miało być“ i mantrą „golf mnie uczy
pokory“, dodając „nie tylko na polu golfowym“.
W wypisie ze szpitala stoi jak byk “pacjentka, lat 36”.
Przyglądam się tej liczbie i jakoś
nie potrafię się z nią utożsamić. Nie dlatego, że brakuje jeszcze pół
roku, by ta liczba była w zgodzie z prawdą. Sześć miesięcy to nic w
porównaniu z tą okropną, dużą, straszliwie brzmiącą trójką i szóstką obok
siebie. Kiedyś moja siostrzenica zapytała „Ciociu, ile ty masz lat?“.
„Zgadnij“, powiedziałam z uśmiechem, będąc ciekawa, na co też wpadnie
siedmiolatka. „Osiemdziesiąt trzy?“, zapytała. No tak. Dla siedmiolatki 83 i 36
brzmią tak samo przerażająco staro. Zresztą, wystarczy, że sięgnę pamięcią 15
lat wstecz… Moja pierwsza dorosła miłość. Ja miałam 20 lat, on 32. Nie
odczuwałam tej różnicy wieku na co dzień, ale wystarczyło, bym pomyślała
„trzydzieści dwa“, by w środku budził się jakiś dziwny niepokój. Nie miałam
nawet odwagi wypowiedzieć na głos plączących się po głowie myśli „on jest taki
stary…“. A teraz…
Upływający czas
dostrzegam w codziennych drobiazgach. To są sekundy, w których uświadamiam sobie,
że sporo rzeczy już za mną, że pewne sytuacje i zachowania już nie będą moim
udziałem. Chwile, gdy zauważam przepaść między moim sposobem myślenia i tych,
którzy mają za sobą raptem kilka lat pracy. Wreszcie świadomość, że znalazłam
się już w przedziale 35-40, a to oznacza, że pewne szanse się już nie powtórzą.
Optymistycznie jednak zauważam, że inne się otwierają, te zawodowe i… sportowe
;)
Mimo tego
wszystkiego, dobrze mi w ciele i umyśle 35-letniej kobiety, ale teraz… dobrze
byłoby zatrzymać czas.
Przeczytałam
dzisiaj w „Zwierciadle“ artykuł o tym, jak to najbardziej roztropne i asertywne
osobowości tracą pewność siebie w zetknięciu z białym kitlem pracownika
służby zdrowia. To nawet nie musi być profesor, docent, chirurg, lekarz, wystarczy,
że jest to pielęgniarka, czy nawet salowa, byśmy nagle stawali na baczność,
jąkali się i nie byli w stanie zadać najprostszego pytania bez drżenia głosu.
Sama mam podobne doświadczenia. Oczywiście, dużo zależy od tego, kto jest po
drugiej stronie – czy jest to lekarz z powołania, szanujący pacjenta i
jego prawo do wiedzy na temat swoich schorzeń, czy też konował, który poszedł
na medycynę, bo było to marzenie jego rodziców (często też lekarzy), ale tak
naprawdę to nienawidzi ludzi, którzy wciąż mu przeszkadzają i zadają głupie
pytania. Sytuacja może być też inna, gdy jesteśmy w prywatnej przychodni, gdzie
lekarze z reguły jeśli nie są wylewni i otwarci, to przynajmniej są
grzeczni. Z kolei w publicznym szpitalu, czy przychodni przyszpitalnej
pacjenci są wciąż traktowani jak petenci, którzy zawracają dupę wiecznie
zajętemu personelowi. Ale – na szczęście nie przez wszystkich. Są takie
oddziały, szpitale, kliniki, gdzie pielęgniarki zachowują się jak najlepsze
ciocie, które pogłaszczą po głowie i obdarzą pełnym otuchy uśmiechem, a lekarze
na obchodzie faktycznie chcą wiedzieć, jak się czuje pacjent. Są takie
anestezjolożki, które ocierają łzy i przytulają, są panie docent, które chcą
pomóc za wszelką cenę, nawet jeśli okoliczności nie sprzyjają. Ale są też
lekarze, którzy nawet nie raczą poinformować, po co przyszli, w czm się
specjalizują i czemu cię po raz czwarty osłuchują i zadają te same pytania.
Bycie pacjentką
nie jest niczym miłym. Chociażby dlatego, że nagle moje życie i zdrowie jest w
czyichś rękach i już nic nie zależy ode mnie, odkąd złożyłam podpis na
formularzu zgody na operację. Na kilka dni tracę kontrolę nad tym, co ze mną
będzie, muszę zaufać zupełnie obcym ludziom i uwierzyć, że trafiłam na
profesjonalistów. Tym razem tak było. I dlatego... ciąg dalszy nastąpi...
Układam rachunki,
porządkuję papiery, dokumenty wkładam do odpowiednich teczek i przegródek,
robię zaległe przelewy, oddaję długi, płacę rachunki, nawet te z terminem
płatności do końca miesiąca, sprzątam nawet skrzynkę pocztową, foldery osobiste
i segreguję książki na półkach. Już dawno nie odczuwałam takiej potrzeby
zrobienia porządku wokół siebie (a przecież do należę do osób na co dzień dość
uporządkowanych). I tylko od czasu do czasu przebiega mi przez głowę myśl, że
to może być działanie podświadome. Aż strach powiedzieć to na głos, ale
przecież nawet niewinny, nieduży zabieg z częściowym znieczuleniem może
pójść nie tak. Otoczka szpitala, w którym do tej pory bywałam jedynie w roli
odwiedzającej, lekko mnie przeraża. Bronię się przed nieuzasadnioną paniką, przyjaciółka
powiedziałaby, że pewnie naoglądałam się za dużo „Chirurgów“. Tak czy inaczej,
chyba bez tabletek lekko uspokajających nie obejdzie się w ten weekend...
To prawda,
niezbyt dokładnie się przygotowałyśmy. Nie było odpowiedniej ilości gazet. Nie
było taśmy. Nie było nawet planu, co w co i jak, na szczęście przeprowadzkowi
profesjonaliści przyszli z pomocą. Całość poszła sprawniej, niż się
zapowiadało. No i nie zgubiliśmy półki na wino.
Nie lubię
przeprowadzek. Ani swoich, ani czyichś. Pozornie można się przy tej okazji
pozbyć śmieci, pozornie można wykorzystać tę okoliczność, by „zacząć wszystko
od nowa“. Ale tak naprawdę to zawsze jest z tym mnóstwo kłopotu. Na
przykład już nie pamiętamy, czy tę płytę kupiliśmy razem (i trzeba ustalić, kto
ją w takim razie zatrzyma), czy też dostałam ją od niego w prezencie. Nie
pamiętam, po kilku wspólnych latach, czy ten korkociąg był jego, czy też mój.
No, ale kto się kłóci o takie drobiazgi, jak na przykład deska do krojenia.
C’mon! Powinniśmy być ponad to. A jednak na ten moment, kiedy on zabiera swoje
rzeczy z mieszkania, wyprowadzasz się do rodziny, czy przyjaciół, albo
prosisz go, by go nie było, gdy będziesz się wynosić od niego, bo nie chcesz
jego pomocy i spojrzenia przepraszającego, udawanego, bo w łazience stoją już damskie
perfumy, którymi ty nigdy byś się nie spryskała. Maskarada.
P., zwolennik
stylu LAT, mówi – „Po co w ogóle mieszkać razem?“, ale P. ma swoje lata,
starokawalerskie nawyki, a w dodatku chrapie. I pewnie jest tego wszystkiego
świadom. Wszyscy inni urządzają szopki z przeprowadzkami, przynoszeniem
swoich rzeczy, zajmowaniem przestrzeni, znaczeniem terenu swoimi bibelotami –
a wszystko to przecież po coś. Z dobrymi intencjami. Z planami.
Marzeniami. Celami. Po latach, czasem nie zostaje z tych planów wiele.
Marzenia częściowo zrealizowane, usychają. O celach się zapomina. I nawet nie
wiadomo kiedy rozsypujemy się… i dzwonimy po panów od przeprowadzki.
Dość często słyszę pytanie, czy nie chciałabym wrócić do rodzinnego, 40-tysięcznego miasta, raptem 100 km od Warszawy. I choć kiedyś ta myśl przemykała mi przez głowę dość często, to ostatnio reaguję na te pytania dość kategorycznie – mówiąc: nigdy. A w duchu zaklinam rzeczywistość: błagam, losie, nie każ mi tam wrócić. Nigdy. Bo wiem, że dusiłabym się w tym małym, klaustrofobicznym mieście. Brakowałoby mi przestrzeni. Możliwości wszelakich. Małomiasteczkowa atmosfera zabiłaby mnie. Umarłabym za życia. Obumarłabym. Jestem tego pewna. Daleko mi od odcinania się od moich korzeni. Tak, jestem z prowincjonalnego miasta, ale odkąd zaczęłam być świadoma siebie i świata wokół, zawsze pragnęłam się stamtąd wyrwać. I jak wszyscy ci, którzy chcieli zamieszkać we własnym domu, ja tak samo chciałam mieszkać w bloku mieszkalnym, dzielić klatkę, piętro z innymi, obcymi ludźmi, mieć adres z „mieszkania nr xx“ i numer telefonu z kierunkowym 22. Płacić czynsz. Mieć swoje konto w STOENie. Ot, takie nastolatkowe marzenia. Które nie wiedzieć kiedy się ziściły. Posiadam adres z „mieszkania nr xx“, numer telefonu z prefixem 22 zlikwidowałam parę miesięcy temu, bo dzwonili na niego już tylko telemarketerzy. Przez kilkanaście lat życia w Warszawie, wrosłam w to miasto, stałam się lojalną, choć przeflancowaną, warszawianką (to trochę krzywdzące, bo new-yorkerką mogłam się nazywać po kilku latach mieszkania w NYC, a tutaj, mam wrażenie, zawsze będę tą przyjezdną…), która broni tego miasta, czuje się z nim związana emocjonalnie i jest dumna, gdy chodzi jego ulicami, gdy czuje jego rytm, duszę i która rondo Zgrupowania AK Radosław zawsze nazwie Rondem Babka. Do wielu miejsc ważnych i historycznych jeszcze nie dotarłam, bo czuję, że wciąż mam na to czas. Tak, wiem, to uczucie jest złudne. Może wcale nie mam na to czasu (ale to temat na zupełnie inne wynurzenia).
Uwielbiam swoje mieszkanie, swoją okolicę, swoje miasto, swoją kartę miejską, metro, tramwaje, przesiadki, tłumy na ulicach (ok. tego nie znoszę…, nowojorskiego też nie znosiłam), łatwość poruszania się samochodem po mieście, poczucie, że należę do tego miasta, chociaż tak wiele brakuje mu do europejskich stolic, czy nowojorskich zakątków. Najważniejsze, że czuję się tutaj jak w domu. Bezpiecznie i szczęśliwie. Sounds cheesy? Well… whatever…
Ta ulica. Ten budynek. Ten sam kłopot z parkowaniem. Znowu zapomniałam numeru mieszkania. Dzwonię. Otwiera M. Jak zwykle śliczna, choćby nie wiem, jak zmęczona, smutna, niewyspana czy przygnębiona. Jak zwykle, swoją urodą i ujmującym stylem bycia zupełnie nieprzejęta. W mieszkaniu pusto. Dokoła pudła. Siadamy w kuchni, jemy najzdrowszy posiłek świata, pijemy herbatę. Rozmawiamy. O rzeczach ważnych i tych banalnych. Dobrze, że chusteczki są pod ręką, choć obie staramy się powstrzymać łzy. „Wszystko ma swój koniec“ – mówię, a potem szybko dodaję: „Nie chcę, by nam się przydarzył“. Obie wiemy, że niczego w życiu nie możemy być pewne, ale skoro ocalałyśmy przez tyle zmian adresów zamieszkania, przez tyle rozstań… to przecież chyba nic już nam nie grozi.
Rozmowa, herbata, papieros – niezobowiązujące popołudnie, niemal jak przed laty, tylko… okoliczności tak diametralnie różne. Odjeżdżam odmieniona, spokojna, łagodna, pewna siebie. Tak, to jest właśnie moja rodzina.
To nawiazanie do filmu z gatunku “chick-flick” pod tytułem “Moj chlopak się żeni“. Nie pamiętam już, jaka była tam „intryga“, ale był to chyba jej, głównej bohaterki, taki odwieczny boyfriend, co to się z nim rozstawała i schodziła, z którym sypiała, gdy nikogo nie było na tzw. podorędziu, a który, ku jej rozpaczy, w końcu się zakochał i ożenił z tą obcą.
Tak czy inaczej, gdy w piątek wieczorem dostałam smsa od A., że „dziewczyny już są na świecie“, przyszedł mi do głowy właśnie taki tytuł. „Mój chłopak jest ojcem“. Ja nie rozpaczałam, w przeciwieństwie do bohaterki rzeczonego filmu. Przyjęłam tę wiadomość zupełnie spokojnie, szczególnie, że byłam już o tej 23.00 zmęczona 15-godzinnym dniem intensywnej pracy i było mi już wszystko jedno, chciałam po prostu iść spać. Następnie dość beznamiętnie oznajmiłam tę nowinę mojej przyjaciółce, a że byłyśmy in the middle of something disturbing and emotionally involving, nie pociągnęłyśmy tematu. Dzisiaj przyjaciółka zagadnęła, jak się z tym mam. Otóż, z całkowitą szczerością i bez wypierania uczuć przygnębiających oznajmiłam, że spływa to po mnie, jak po kaczce. Że życzę mu szczęścia i dużo pieniędzy, bo hell yeah he’s gonna need loads of money, żeby bliźniaczki utrzymać, wykarmić, posłać do szkoły, a potem na studia. Chociaż on pewnie raczej martwi się, znając jego niezbyt przychylny stosunek do upływającego szybko czasu, czy dożyje tej chwili, gdy jego córy wrócą do domu z dyplomami magistrów w kieszeniach. Wszak to podwójne ojcostwo przytrafiło mu się dość późno. No, ale tak to jest, jak w średnim już wieku bierze się za żonę młódkę spragnioną potomstwa. Do tego stopnia spragnioną, że potrafiła go przekonać, że i on tego pragnie równie mocno. Bo ja doskonale pamiętam naszą rozmowę kilka lat temu, w Memphis, w pewnej kawiarni w centrum handlowym, podczas której to rozmowy ja stanowczo stwierdziłam, że nie w głowie mi macierzyństwo, a on przyznał, że za stary już jest na wychowywanie dzieci i przenoszenie się w czasie od kilkanaście lat wstecz, wszak jego pierwsze dziecko już na studiach, to po cholerę mu znów pieluchy i kaszki w domu…
Ten cały tekst można skwitować jednym zdaniem: miłość wymaga wyrzeczeń. Chociaż on pewnie powiedziałby, że miłość jest tak cudownym uczuciem, że wszystko odmienia, a tylko krowa przy swoim obstaje. Nawet w tak fundamentalnych kwestiach.
A dla mnie najważniejsze w tym całym wydarzeniu jest to, że naprawdę mało mnie to obchodzi. A poza tym, to życzę im szczęścia i powodzenia. Skoro i tak świat jest popierdolony i karma nie istnieje…